Jeszcze niedawno firmy zastanawiały się, czy zdążą zebrać wszystkie dane wymagane przez ESRS. Dziś część z nich już wie, że raportować nie będzie musiała, a pozostałe – że zakres wymaganych informacji będzie znacznie mniejszy - pisze w dodatku Rzeczpospolitej „ESG w praktyce” Ewa Matyszewska, Dyrektor ds. Komunikacji i Zrównoważonego Rozwoju
Zrewidowane ESRS, przyjęte przez Komisję Europejską w lipcu, ograniczają liczbę obowiązkowych punktów danych o ponad 60 proc., a wszystkich datapointów – o ponad 70 proc.
Można więc odnieść wrażenie, że po kilku latach dynamicznego rozwoju regulacji ESG wahadło odbiło w drugą stronę. Mniej obowiązków, mniej danych, mniej raportowania. Czy to oznacza również mniej ESG w biznesie? No niekoniecznie. Teraz zaczyna się ciekawszy etap tej historii.
Regulacje można uprościć, ale nie można w ten sam sposób „uprościć” rzeczywistości, w której funkcjonują firmy. Ryzyka klimatyczne nie znikną wraz z kolejnym punktem danych usuniętym z ESRS. Banki nie przestaną analizować odporności biznesu, inwestorzy – jego perspektyw, a duzi kontrahenci – swoich łańcuchów wartości. Także zarządy nadal będą potrzebować informacji o kosztach energii, zasobach, pracownikach, emisjach czy ryzykach związanych z dostawcami. Dobrym dowodem jest przyjęcie przez Komisję dobrowolnego standardu dla mniejszych przedsiębiorstw, który ma ułatwić im odpowiadanie na zapytania o informacje dotyczące zrównoważonego rozwoju.
Zmienia się więc nie tyle znaczenie ESG, ile punkt ciężkości. Przez ostatnie lata wiele organizacji koncentrowało się na pytaniu: „Co musimy zaraportować?”. Teraz ważniejsze jest inne: „Których informacji naprawdę potrzebujemy, żeby dobrze zarządzać firmą?”.
To istotna zmiana perspektywy. Dane ESG nie powinny powstawać wyłącznie dlatego, że wymagają ich regulacje. Ich prawdziwa wartość pojawia się wtedy, gdy pomagają ocenić ryzyko, dostrzec szansę, podjąć decyzję inwestycyjną albo odpowiedzieć na pytanie, czy przyjęty model biznesowy będzie nadal rentowny za kilka lat.
Cały artykuł można przeczytać w dodatku Rzeczpospolitej z dn. 24 września 2026r.
Zrewidowane ESRS, przyjęte przez Komisję Europejską w lipcu, ograniczają liczbę obowiązkowych punktów danych o ponad 60 proc., a wszystkich datapointów – o ponad 70 proc.
Można więc odnieść wrażenie, że po kilku latach dynamicznego rozwoju regulacji ESG wahadło odbiło w drugą stronę. Mniej obowiązków, mniej danych, mniej raportowania. Czy to oznacza również mniej ESG w biznesie? No niekoniecznie. Teraz zaczyna się ciekawszy etap tej historii.
Regulacje można uprościć, ale nie można w ten sam sposób „uprościć” rzeczywistości, w której funkcjonują firmy. Ryzyka klimatyczne nie znikną wraz z kolejnym punktem danych usuniętym z ESRS. Banki nie przestaną analizować odporności biznesu, inwestorzy – jego perspektyw, a duzi kontrahenci – swoich łańcuchów wartości. Także zarządy nadal będą potrzebować informacji o kosztach energii, zasobach, pracownikach, emisjach czy ryzykach związanych z dostawcami. Dobrym dowodem jest przyjęcie przez Komisję dobrowolnego standardu dla mniejszych przedsiębiorstw, który ma ułatwić im odpowiadanie na zapytania o informacje dotyczące zrównoważonego rozwoju.
Zmienia się więc nie tyle znaczenie ESG, ile punkt ciężkości. Przez ostatnie lata wiele organizacji koncentrowało się na pytaniu: „Co musimy zaraportować?”. Teraz ważniejsze jest inne: „Których informacji naprawdę potrzebujemy, żeby dobrze zarządzać firmą?”.
To istotna zmiana perspektywy. Dane ESG nie powinny powstawać wyłącznie dlatego, że wymagają ich regulacje. Ich prawdziwa wartość pojawia się wtedy, gdy pomagają ocenić ryzyko, dostrzec szansę, podjąć decyzję inwestycyjną albo odpowiedzieć na pytanie, czy przyjęty model biznesowy będzie nadal rentowny za kilka lat.
Cały artykuł można przeczytać w dodatku Rzeczpospolitej z dn. 24 września 2026r.