KOMENTARZ EKSPERTA Kwiecień stał się przeciwieństwem tego, co działo się marcu. Panika przerodziła się w euforię zakupów – inwestorzy uznali, że konflikt z Iranem w tym formacie nie utrzyma się długo i strony będą zmuszone usiąść do stołu rozmów.
Mieli jednak rację tylko połowicznie, a rachunki za tą wojnę dopiero zostaną wystawione. To co mamy, to de facto „zamrożenie” działań zbrojnych, które może okazać się długoterminowe. Ale powrotu do stanu sprzed 28 lutego nie ma. Iran zaminował część szlaku przez kluczową Cieśninę Ormuz, a resztę rotacyjnie blokuje przy użyciu sił zbrojnych – część statków przepływa po uiszczeniu sowitego myta. Tych jednak nie jest wiele, gdyż zaraz dalej własną blokadę morską ustawili Amerykanie, którzy koncentrują się zwłaszcza na blokadzie ruchu kierowanego do irańskich portów. Szans na kompromisu i wyjście z tego impasu nie ma. Irańczycy tylko raz rozmawiali z Amerykanami w Pakistanie. Dyskusja nie była owocna, w efekcie z kolejnych zaproszeń zrezygnowali. Nierealne żądania – tego typu opinie są głośne po obu stronach, chociaż akurat Donald Trump nagminnie używa swojego „optymistycznego” języka. Ale wbrew temu, co twierdzi, to nie on rozdaje karty. Czas gra na korzyść reżimu w Teheranie, który dodatkowo zacieśnia relacje z Rosją i mniej formalnie z Chinami, które zaczynają widzieć w tym konflikcie historyczną okazję do rozmontowania tzw. systemu petrodolara. Zaufanie do potęgi USA pośród krajów Zatoki Perskiej drastycznie spadło i jeszcze kilka miesięcy chaosu jak teraz i chętnie zaakceptują one „nowego protektora”. Dla globalnych rynków kluczowe zaczyna być to, że z ropą i innymi kluczowymi surowcami, jak gaz ziemny i hel, jeszcze długo będą problemy. Deficyt podaży będzie windował ceny – czy bariera 120 dolarów na ropie osiągnięta w marcu, rzeczywiście nie zostanie pobita? Zakłócenia w łańcuchach dostaw uderzą w globalne gospodarki, które dodatkowo będą musiały zmierzyć się z presją wyższej inflacji. Czyli stagflacja? Niekoniecznie, ale taka groźba w przypadku niektórych krajów może być prawdopodobna. Na szczęście taki scenariusz nie dotyczy Polski.
Rynki akcji zachowały się w kwietniu świetnie, gdyż inwestorzy karmili się perspektywą świetnych wyników spółek za I kwartał, co w przypadku firm z USA okazało się być zasadne. Dynamika opublikowanych już zysków spółek z indeksu S&P500 przekroczyła 13 proc. r/r, co jest najlepszym wynikiem od ponad 15 lat. Szybko na nowe maksima wyszedł też warszawski parkiet, który był jednym z najsilniejszych w Europie. Popyt nie skupił się tylko na sektorze bankowym, gdzie inwestorzy docenili dobre wyniki finansowe i rozegrany został scenariusz w którym RPP nie obniży przez kilkanaście miesięcy stóp procentowych. W górę poszedł też sektor odzieżowy, detaliczny, oraz surowce – KGHM skorzystał na odbiciu cen złota na światowych rynkach. Do hossy nie przyłączyła się branża paliwowa, na co wpływ miała widoczna w pierwszych tygodniach korekta cen ropy, ale w większym stopniu działania ustawowe ze strony rządu (program tańszych paliw). Ruchy na warszawskim parkiecie docenił też zagraniczny kapitał, który skorzystał na umocnieniu złotego – notowania EURPLN w pewnym momencie wróciły do poziomów z początku wojny (4,22-4,23), a USDPLN zszedł nawet mocniej (3,57).
Sprzedaj w maju i uciekaj? To stare powiedzenie giełdowe, co roku jest przedmiotem dyskusji u inwestorów. Tym razem może jednak okazać się prawdziwe. Tak jak wspomniałem, rachunki za wojnę na Bliskim Wschodzie dopiero będą wystawione i dużym błędem byłaby interpretacja kwietniowego zachowania się rynków, jako sygnału, że problemy już zniknęły. Można raczej powiedzieć, że rynki czeka duża niespodzianka, gdyż wkraczamy w okres sporej gospodarczej i geopolitycznej niepewności, która wydłuży się na rok 2027 (wybory w Europie). Czy mamy się obawiać zmiany trendów wokół polskich aktywów? Nie, ale na rynkach widoczna będzie większa ostrożność i selektywne podejście. Giełdy europejskie będą słabsze od swoich amerykańskich odpowiedników, które nadal mogą zachowywać się nieźle (gospodarka USA jest bardziej odporna na szok z rynku surowców) i ten fakt może ciążyć Warszawie. Dywergencja na korzyść amerykańskich aktywów może działać na korzyść dolara, chociaż ten raczej nie będzie miał w maju większej przestrzeni do wzrostów, co finalnie może być czynnikiem, który nie pozwoli złotemu na silniejsze osłabienie. Niemniej miejmy na uwadze to, że pomału zbliżamy się do II półrocza 2026 r., gdzie kwestie związane z polskimi finansami (skala zadłużenia kraju i deficytu) będą bardziej podnoszone przez zagraniczny kapitał (m.in. przez agencje ratingowe, które będą rewidować swoje oceny na jesieni), co może działać negatywnie.
Marek Rogalski
Główny analityk rynkowy w Domu Maklerskim Banku Ochrony Środowiska S.A.
Mieli jednak rację tylko połowicznie, a rachunki za tą wojnę dopiero zostaną wystawione. To co mamy, to de facto „zamrożenie” działań zbrojnych, które może okazać się długoterminowe. Ale powrotu do stanu sprzed 28 lutego nie ma. Iran zaminował część szlaku przez kluczową Cieśninę Ormuz, a resztę rotacyjnie blokuje przy użyciu sił zbrojnych – część statków przepływa po uiszczeniu sowitego myta. Tych jednak nie jest wiele, gdyż zaraz dalej własną blokadę morską ustawili Amerykanie, którzy koncentrują się zwłaszcza na blokadzie ruchu kierowanego do irańskich portów. Szans na kompromisu i wyjście z tego impasu nie ma. Irańczycy tylko raz rozmawiali z Amerykanami w Pakistanie. Dyskusja nie była owocna, w efekcie z kolejnych zaproszeń zrezygnowali. Nierealne żądania – tego typu opinie są głośne po obu stronach, chociaż akurat Donald Trump nagminnie używa swojego „optymistycznego” języka. Ale wbrew temu, co twierdzi, to nie on rozdaje karty. Czas gra na korzyść reżimu w Teheranie, który dodatkowo zacieśnia relacje z Rosją i mniej formalnie z Chinami, które zaczynają widzieć w tym konflikcie historyczną okazję do rozmontowania tzw. systemu petrodolara. Zaufanie do potęgi USA pośród krajów Zatoki Perskiej drastycznie spadło i jeszcze kilka miesięcy chaosu jak teraz i chętnie zaakceptują one „nowego protektora”. Dla globalnych rynków kluczowe zaczyna być to, że z ropą i innymi kluczowymi surowcami, jak gaz ziemny i hel, jeszcze długo będą problemy. Deficyt podaży będzie windował ceny – czy bariera 120 dolarów na ropie osiągnięta w marcu, rzeczywiście nie zostanie pobita? Zakłócenia w łańcuchach dostaw uderzą w globalne gospodarki, które dodatkowo będą musiały zmierzyć się z presją wyższej inflacji. Czyli stagflacja? Niekoniecznie, ale taka groźba w przypadku niektórych krajów może być prawdopodobna. Na szczęście taki scenariusz nie dotyczy Polski.
Rynki akcji zachowały się w kwietniu świetnie, gdyż inwestorzy karmili się perspektywą świetnych wyników spółek za I kwartał, co w przypadku firm z USA okazało się być zasadne. Dynamika opublikowanych już zysków spółek z indeksu S&P500 przekroczyła 13 proc. r/r, co jest najlepszym wynikiem od ponad 15 lat. Szybko na nowe maksima wyszedł też warszawski parkiet, który był jednym z najsilniejszych w Europie. Popyt nie skupił się tylko na sektorze bankowym, gdzie inwestorzy docenili dobre wyniki finansowe i rozegrany został scenariusz w którym RPP nie obniży przez kilkanaście miesięcy stóp procentowych. W górę poszedł też sektor odzieżowy, detaliczny, oraz surowce – KGHM skorzystał na odbiciu cen złota na światowych rynkach. Do hossy nie przyłączyła się branża paliwowa, na co wpływ miała widoczna w pierwszych tygodniach korekta cen ropy, ale w większym stopniu działania ustawowe ze strony rządu (program tańszych paliw). Ruchy na warszawskim parkiecie docenił też zagraniczny kapitał, który skorzystał na umocnieniu złotego – notowania EURPLN w pewnym momencie wróciły do poziomów z początku wojny (4,22-4,23), a USDPLN zszedł nawet mocniej (3,57).
Sprzedaj w maju i uciekaj? To stare powiedzenie giełdowe, co roku jest przedmiotem dyskusji u inwestorów. Tym razem może jednak okazać się prawdziwe. Tak jak wspomniałem, rachunki za wojnę na Bliskim Wschodzie dopiero będą wystawione i dużym błędem byłaby interpretacja kwietniowego zachowania się rynków, jako sygnału, że problemy już zniknęły. Można raczej powiedzieć, że rynki czeka duża niespodzianka, gdyż wkraczamy w okres sporej gospodarczej i geopolitycznej niepewności, która wydłuży się na rok 2027 (wybory w Europie). Czy mamy się obawiać zmiany trendów wokół polskich aktywów? Nie, ale na rynkach widoczna będzie większa ostrożność i selektywne podejście. Giełdy europejskie będą słabsze od swoich amerykańskich odpowiedników, które nadal mogą zachowywać się nieźle (gospodarka USA jest bardziej odporna na szok z rynku surowców) i ten fakt może ciążyć Warszawie. Dywergencja na korzyść amerykańskich aktywów może działać na korzyść dolara, chociaż ten raczej nie będzie miał w maju większej przestrzeni do wzrostów, co finalnie może być czynnikiem, który nie pozwoli złotemu na silniejsze osłabienie. Niemniej miejmy na uwadze to, że pomału zbliżamy się do II półrocza 2026 r., gdzie kwestie związane z polskimi finansami (skala zadłużenia kraju i deficytu) będą bardziej podnoszone przez zagraniczny kapitał (m.in. przez agencje ratingowe, które będą rewidować swoje oceny na jesieni), co może działać negatywnie.
Marek Rogalski
Główny analityk rynkowy w Domu Maklerskim Banku Ochrony Środowiska S.A.