• Unia musi wrócić do źródeł
Biuletyn Podatki i Rachunkowość:

Unia musi wrócić do źródeł

08 maja 2019

Aleksandra Rybińska, "Gazeta Bankowa" |

Unia została uprowadzona. Miała być wspólna, a jest francusko-niemiecka. Instytucje unijne miały działać w interesie dobra wspólnego, a działają w interesie wielkich. Kiedyś Komisja broniła małych i słabych, a dziś promuje interesy najsilniejszych – mówi europoseł Jacek Saryusz-Wolski w rozmowie z Aleksandrą Rybińską

 

Parlament Europejski przyjął niedawno niekorzystne dla polskich firm przewozowych przepisy, czyli tzw. pakiet mobilności. Wcześniej dokonano równie niekorzystnej dla państw Europy Środkowo-Wschodniej nowelizacji dyrektywy o pracownikach delegowanych. Czy to oznacza, że Unia Europejska służy już tylko najsilniejszym państwom, a Polska i inne kraje naszego regionu są relegowane do roli ich klientów?

 

Jacek Saryusz-Wolski: Jest to oznaką rosnącej konfrontacji między protekcjonistami a tymi, którzy chcą strzec czterech swobód jednolitego rynku. A wygląda na to, że tendencja do częściowego demontażu jednolitego rynku wygrywa. To jest tendencja, którą często popierała Francja oraz – w ograniczonym zakresie – również Niemcy, ponieważ niemiecki kapitalizm jest kapitalizmem sterowanym przez państwo. W jakimś sensie to może być także preludium do tego, co czeka Unię Europejską po brexicie, jeśli do niego dojdzie. Grupa krajów głosujących wolnorynkowo straci swój potencjał tworzenia mniejszości blokującej, która wynosi 35 proc. populacji, co przeraża szczególnie Skandynawów i Holendrów. Za to bardzo wzmocni się potencjał wagi głosu protekcjonistów, który rośnie do 42 proc. populacji. Na to nakłada się konfrontacja geograficzna. Brutalna konfrontacja między centrum, a peryferiami. Nawiązując do pakietu mobilności: za jego pomocą próbuje się wyeliminować z rynku przedsiębiorstwa z krajów odległych, geograficznie peryferyjnych, takich jak Polska czy Hiszpania. Tych, którzy by w pełni uczestniczyć w jednolitym rynku muszą przewozić swoje towary na długich odległościach, chodzi o przedsiębiorstwa transportowe. Chodzi o to, by utrudnić konkurowanie i podrożyć towary zmierzające do centrum jednolitego rynku, to znaczy na rynki Francji, Niemiec czy krajów Beneluksu. To nowa forma protekcjonalizmu. My, nowi członkowie od Estonii po Chorwację, wschodnia flanka Unii Europejskiej, jesteśmy geograficznie odległymi peryferiami.  Na dorobku. Nie możemy jeszcze w pełni konkurować wysoką technologią czy kapitałem. Możemy tylko sprawnością oraz kosztem i jakością naszych usług i towarów. No i tu pojawia coś co jest sprzeczne z zasadami jednolitego rynku, co narusza warunki na których przystąpiliśmy do Unii. Nie mamy bowiem możliwości stosowania retorsji choćby wobec zachodnich sieci handlowych czy banków obecnych na naszym rynku, które mają nad naszymi podmiotami przewagę techniczną i kapitałową, natomiast usiłuje się eliminować przewagę konkurencyjną naszych towarów i usług.

 

Jak dotąd panowało przekonanie, że Niemcy starają się brać pod uwagę interesy mniejszych państw, szczególnie państw naszego regionu. To się zmieniło i teraz są gotowe iść Francji na rękę?

Nie we wszystkim. Niemcy nie są gotowe iść Francji i Włochom na rękę jeśli chodzi o poluzowanie reguł strefy euro, to znaczy nie chcą spłacać cudzych długów. Natomiast jeśli chodzi o protekcjonizm to trzeba szczerze powiedzieć, że nigdy nie były tak do końca wolnorynkowe. Tak długo jak przewaga niemiecka była powalająca, mogły sobie pozwolić na bycie heroldami wolnego rynku. W momencie gdy zaczęli się pojawiać realni konkurenci, a polskie firmy transportowe mogą opanować cały rynek niemiecki, bo jesteśmy na tyle lepsi – wtedy Niemcy przestali być wolnorynkowcami. Wolny rynek gdy to nie boli i koniec z wolnym rynkiem gdy zaczyna to boleć. Przypominam, że to Niemcy zachowały najdłuższy okres przejściowy jeśli chodzi o zamknięcie swojego rynku pracy po akcesji Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej do UE. Dziesięć lat. O dziwo, broniły się przed polską siłą roboczą, a potem wpuściły milion migrantów. Ot, paradoks.

 

A mimo tego wciąż brakuje im rąk do pracy…

Być może przeliczyli się z tym, czy jest to siła robocza, czy raczej obciążenie dla systemu socjalnego. Ale wskazuje to na niekonsekwencję. Wobec nas byli strasznie restrykcyjni. Postawiłbym więc znak zapytania przy tej kwalifikacji Niemiec jako herolda wolnego rynku. Niemcy używają także swojej przewagi jako państwo do tego by stać się hubem gazowym w Europie. Nord Stream 2 daje Niemcom nieograniczony dostęp do gazu rosyjskiego, którym chcą wygrać konkurencyjność swojego przemysłu wobec reszty Unii Europejskiej i zalać Europę Środkowo-Wschodnią. To nie jest wolny rynek tylko wykorzystywanie relacji międzypaństwowych w obszarze, który jest sterowany z Kremla. Początkowo była mowa o tym, że to jest czysto gospodarcze przedsięwzięcie, że państwo niemieckie nie ma z tym nic wspólnego, potem, że jednak polityczne, teraz, że to geostrategiczne, celowe wzmacnianie Rosji względem Chin. Tyle, że w UE tego nikt nie uzgodnił, to polityka unilateralnego „Germany First”.

 

Ale przecież jednolity rynek to sukces. Jedyna rzecz, którą można uznać w toku europejskiej konstrukcji za naprawdę udaną. Po co go demontować?

Jest to ogromna szkoda. Można to tylko zilustrować przykładem francuskim. Populizm – to, co nam się zarzuca, oni właśnie praktykują. Kandydat Macron postanowił, że fabryka lodówek z jego rodzinnego miasta Amiens nie może się przenieść do Łodzi, bo on jest za jednolitym rynkiem, tyle, że nie wtedy, gdy idzie za tym utrata francuskich miejsc pracy. Albo nie wtedy, gdy rząd Francji jest pod presją obywateli, gdzie słowo delokalizacja jest słowem wyklętym. Gdy oni podbijają rynek za pośrednictwem Carrefoura, serów i win to jest dobrze, ale gdy ktoś wchodzi na ich rynek to jest źle. Kali – tak się nazywa ta metoda. Można jednocześnie deklarować przywiązanie do wielkiego renesansu Europy – tak nazwał swój program [na wybory do PE - red.] pan prezydent Macron, a jednocześnie demontować jednolity rynek, czyli mówić jedno, a w praktyce robić co innego. Ale media to podchwytują.

 

Najnowszy francusko-niemiecki pomysł to europejscy czempioni przemysłu. Komisja Europejska nie pozwoliła na fuzję Siemensa i Alstomu, więc Berlin zadeklarował, że trzeba zmienić reguły gry…

To jest znakomity przykład. Reguły są, ale nie dla nas. To się zaczęło oczywiście o wiele wcześniej. Dzisiaj Komisja Europejska stawia Włochy pod pręgierzem z powodu naruszenia reguł deficytu strefy euro, a pierwszymi, którzy złamali te reguły byli Francuzi i Niemcy. Dawno, dawno temu. Nam wolno, a innym nie. Nierówne traktowanie. Podwójne standardy. Gdy zapytano szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckera dlaczego wobec Francji nie stosuje sankcji, odparł: bo to jest Francja! Krótko mówiąc: inne reguły obowiązują Francję a inne Włochy. Włochy się buntują podobnie jak my, tylko w innych obszarach. My uważamy ingerencje w nasze wewnętrzne sprawy, choćby reformę naszego systemu sprawiedliwości czy systemu emerytalnego, za niedopuszczalną. Odpowiedź Fransa Timmermansa brzmi: to, co dobre w zachodniej Europie w dojrzałych demokracjach u was, w niedojrzałych demokracjach, nie jest dobre. To ten podwójny standard stosowany wobec krajów Wyszehradu. Podział na lepszych i gorszych Europejczyków, to swoisty „eurorasizm”.

 

Właśnie Frans Timmermans uruchomił kolejne postępowanie wobec Polski, tym razem dotyczące procedur dyscyplinarnych dla sędziów. Tych postępowań jest już kilka i żadne z nich nie zmierza ku końcowi. Czemu to ma służyć? Rzeczywistemu ukaraniu Polski czy wywieraniu na nią stałej politycznej presji?

Od dawna to mówiłem i w końcu, na którymś etapie sam Timmermans to potwierdził: że tu nie chodzi o złapanie króliczka tylko o gonienie go, czyli grillowanie. Te kolejne postępowania są w zasadzie już tylko rozpaczliwe i śmieszne. Potrzebne samemu Timmermansowi, bo walczy o przetrwanie polityczne. W Holandii jego partia powoli się kurczy, nie jest w koalicji rządzącej, teoretycznie nie powinien on więc być kandydatem Holandii na komisarza, a już tym bardziej na szefa Komisji. A tymczasem jest on tzw. spitzenkandidat (wiodącym kandydatem) socjalistów. To są rozpaczliwe ruchy i na tym można by zamknąć sprawę gdyby nie to, że jest to także krzywdzeniem Polski i niszczeniem instytucji europejskich, używaniem ich do walki przeciw i między krajami członkowskimi. Bogate centrum europejskie kontra emancypujący się Wyszehrad. Używanie do tego instytucji europejskich podważa ich autorytet. Trybunał sprawiedliwości UE się ośmiesza. Komisja też, która wytacza ciężkie działa przeciwko Polsce i Węgrom a nic nie robi w sprawie Malty i Rumunii.

 

Brexit to kolejny przykład grillowania?

Tak. Komisja Europejska robi to w porozumieniu z Berlinem i Paryżem. A to kontynentalna Europa jest w dużej mierze winna całej tej sytuacji. Brexit to bez wątpienia wielki grzech brytyjskiej klasy politycznej, ale nie tylko jej. Bardzo dobrze ujął to były przewodniczący Niemieckiego Związku Przemysłu europoseł Hans-Olaf Henkel. Powiedział: to wy jesteście winni, a nie Cameron, bo mieliście w traktatach zasadę subsydiarności, a centralizowaliście. Mieliście w traktatach zasadę konkurencyjności, a harmonizowaliście. Tak sterowaliście mechanizmem legislacyjnym i rozwiązaniami modelowymi, że pokazaliście Londynowi drzwi. Systemowo Wielka Brytania była coraz bardziej na aucie ponieważ jej punkt widzenia: rynek a nie regulacje, decentralizacja a nie centralizacja, przegrał. W tym sensie Henkel usprawiedliwia Brytyjczyków i oskarża Junckera. Nie ma niczego bardziej kompromitującego dla takiej wspólnoty jak duży kraj, który z niej wychodzi. Brytyjska gospodarka to równowartość 19. gospodarek średnich i małych krajów UE, od Malty po Austrię. W sensie wagi gospodarczej to 19. członków Unii ją opuszcza. A za tym idzie także osłabienie NATO w obliczu konfrontacji z Rosją i Chinami. Rozluźnienie związków z Ameryką, głównym gwarantem bezpieczeństwa UE. To wszystko są frukta działań tych, którzy sobie wymyślili, że będą mieli Europę Karolińską, małą, niegdysiejszą i swojską.

 

A refleksji nad błędami, mea culpa po stronie Brukseli brak…

Po części rzeczywiście nie ma, a po części jest. Grupa Europejskich Reformatorów i Konserwatystów (EKR) mówi: potrzebne są reformy. Natomiast główny nurt mówi: w zasadzie wszystko jest OK. Pogrążona w stagnacji gospodarka strefy euro, z bezrobociem młodych, kryzys migracyjny, terroryzm, wojna na rubieżach wschodnich i południowych, miękki kurs wobec Rosji, pohukiwanie wobec Ameryki. Główny nurt mówi: może drobne kosmetyczne zmiany są konieczne, ale jedziemy dalej. To co jest optymistyczne to to, że ludzie mówią „nie”. Dlatego główny nurt dalej będzie głównym nurtem, ale będzie o wiele słabszy.

 

Rozumiem, że chodzi o wybory do Parlamentu Europejskiego i spodziewane straty dwóch głównych frakcji w PE – Europejskiej Partii Ludowej oraz Socjalistów?

Frakcja EPL ma 221 posłów, a będzie ich 177. W najlepszym przypadku. Socjaliści mają 191 a będą mieli 135. Już 15 lat temu mówiłem, że nie jest dobrym pomysłem przenosić model niemieckiej Wielkiej Koalicji na grunt europejski. Jest to antydemokratyczne, bo to sprawia, że na kogo obywatel by nie głosował, dostaje ciągle tego samego kanclerza, albo tego samego Junckera czy Timmermansa. Aż w końcu stwierdzi, że nie będzie już głosował na taki bezalternatywny układ. Ta choroba niemiecka jest wygodna dla rządzących w krótkim i średnim okresie, natomiast w długim jest zabójcza, bo obywatel nie ma realnego wyboru. Tworzą się nowe siły. We Francji, która ma konstrukcję władzy cezarystyczną, prezydent to quasi monarcha, parlament niewiele znaczy. Trzeba wyjść na ulicę, by zburzyć nieistniejącą bastylię. Stąd ruch żółtych kamizelek. To jest w pewnym sensie kryzys demokracji europejskiej, który wchodzi obecnie w nową fazę kontestacji. W wyniku wyborów do Parlamentu Europejskiego to nie będzie jeszcze przesądzająca zmiana, ale zobaczymy wyraźny zwrot w prawo. 

 

Jaką szansę mają te nowe „populistyczne” partie – nie lubię tego określenia – by stworzyć jednolity, a przede wszystkim trwały blok opozycyjny w PE po wyborach? W końcu wiele je różni, choćby stosunek do Rosji…

Populistą jest każdy, kto chce czegoś innego niż ja. Każdy mój adwersarz polityczny jest populistą, bo ja jako mainstream z definicji, nim być nie mogę. A nieliberalne jest każde państwo, w którym nie rządzą liberałowie. Mainstream stygmatyzuje. Zasada jest prosta: najpierw należy pomalować na czarno, a potem powiedzieć „to czarne trzeba zwalczać i wykluczać”. Te nowe partie, które po części są już w PE chcą być traktowane z szacunkiem, jako opozycja. Bo na poziomie krajów to byłaby opozycja, która jest elementem niezbędnym w demokracji, jest chroniona prawnie i konstytucyjnie. Tymczasem w UE jest wyklinana. Jako „antyeuropejska” i „populistyczna”. Ludzie się boją terroryzmu, ludzie się boją imigracji. Martwią się, czy uda im się spiąć budżet na koniec miesiąca, czyli chcą bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego i dobrobytu. I te nowe partie artykułują te lęki. Na przykład włoska Liga zamknęła granice i wysechł strumień imigracji przez Morze Śródziemne. Nie należy zresztą jako głównej cechy różniącej te partie mówić o polityce zagranicznej. Po pierwsze, polityką zagraniczną Unia zajmuje się punktowo i tylko tam gdzie panuje zgoda między państwami członkowskimi. Po drugie, umizgi do Rosji są wysoce nieestetyczne i politycznie naganne. Natomiast uważam, że T-shirt z wizerunkiem Putina noszony przez Salviniego na Placu Czerwonym, domniemane trzy miliony na rzecz Ligi z Kremla, nieudowodnione, i chyba 30 milionów euro na partię Le Pen, to jest platoniczny, niewinny flirt w porównaniu z pójściem do łóżka w postaci Nord Stream 2, czego wymiar symboliczny jest jak trzy miliony do 10 miliardów euro. Tak wiec prorosyjskość tych stygmatyzowanych jest niczym wobec prorosyjskości niemieckiej SPD, Gerharda Schröedera i CDU pani kanclerz Niemiec, wykonawców Nord Stream 2, co jest grzechem przeciwko bezpieczeństwu, nie tylko energetycznemu, Unii Europejskiej. Skrajnym przejawem egoizmu, unilateralizmu i braku solidarności. Gdy ktoś, kto realizuje Nord Stream zarzuca komuś, że założył koszulkę z podobizną Putina, to jest po prostu śmieszny. Znaj proporcją mocium panie.

 

Czy grupa EKR może znacznie urosnąć po tych wyborach?

Może, ale nie wiadomo, na ile to się uda. W EKR jest 26 partii z 19. krajów członkowskich. Według prognoz większość z nich rośnie w sondażach. Można więc wyjść z założenia, że będzie przyrost w ramach tego, co dzisiaj jest terytorium EKR. Jeśli dojdzie do brexitu, a to jest coraz mniej pewne, wyjdzie z frakcji EKR 19. Brytyjczyków. Moim zdaniem grupa może się rozrosnąć do 100 posłów, choć prorokuje się jej zaledwie 64 mandatów. Gdyby przystąpiła do EKR Liga, albo wyrzucony z EPL Orban, wtedy EKR stała by się drugą siłą polityczną w PE. Liga to co najmniej 28 mandatów. Fidesz to 14 mandatów. A za nimi dołączyć mogą partie rumuńskich i słowackich Węgrów, Słoweńcy. Natomiast w tle rodzi się coś na kształt nowego podziału geograficznego. Chadecy z wyraźną dominantą niemiecką, liberałowie z dominantą francuską i krajów Beneluksu, oraz grupa polsko-wyszehradzko-włoska. Podział z geografią, a nie ideologią w tle. Klasyczne podziały polityczne słabną na rzecz geograficznych. Kiedyś to było praca versus kapitał, wysokie versus niskie podatki, pracodawcy versus pracownicy. Dziś te podziały zaczynają się orientować według nowych wyzwań. Dziś osią podziału jest stosunek do tożsamości. Do migracji, do modelu wielokulturowego. Tutaj wyraźnie widać podział na centrum i peryferie, na nowych i starych członków Unii. I ambicje, które tak naprawdę nigdy nie zniknęły. Niemmcy chociażby planują strategiczne relacje z Rosją i mówią o wzmocnieniu Rosji wobec Chin. Rodzi się tu pytanie, z kim to zostało skonsultowane? Z nikim. Do tego dochodzą ambicje geostrategiczne Francji, choćby wobec Afryki. Te dwa ośrodki, które są uważane za motor Unii, tak naprawdę przyczyniają się do erozji i podziałów w UE.

 

To zapytam wprost: czy uda się, wobec oporu motoru francusko-niemieckiego, a szczególnie Berlina, oraz w obliczu rosnących sił odśrodkowych zreformować Unię, zanim się zdezintegruje?

To się musi udać. Nawet jeśli w bólach. Obrona Unii, takiej jaką ją widzieli ojcowie-założyciele, jest w polskim interesie. Bo koszt rozpadu Unii byłby o wiele większy niż wszystkie czynione w bólu wysiłki by ją uratować. Dlatego być może uda się zapobiec brexitowi. Potrzebujemy powrotu do źródeł, do równowagi, do trzymania się reguł traktatów. Unia została uprowadzona. Miała być wspólna a jest francusko-niemiecka. Instytucje miały działać w interesie dobra wspólnego a działają w interesie wielkich. Kiedyś Komisja broniła małych i słabych a dziś promuje interesy najsilniejszych. Interesy słabszych mają pójść w kąt. Polityka spójności, polityka regionalna są pomniejszane w wymiarze finansowym. To się musi udać, tyle, że to się nie stanie w przeciągu jednej kadencji. Prawo europejskie mówi, że granic zewnętrznych trzeba strzec. Wystarczy to robić i nie będzie presji migracyjnej. W kwestii strukturalnych wad strefy euro wiadomo było od początku, że to nie jest optymalny obszar walutowy i że konieczne są transfery. A one są nie do zaakceptowani przez Niemców, w związku z tym strefa euro będzie dalej trzeszczała w szwach. Aż się coś zmieni. Dlatego Polska od strefy euro powinna, póki co, trzymać się z daleka i bronić jedności Unii w jej klasycznym kształcie.

 

Gazeta Bankowa