• Trzęsienie ziemi w skansenie
Biuletyn Podatki i Rachunkowość:

Trzęsienie ziemi w skansenie

06 listopada 2018

Marek Siudaj, "Gazeta Bankowa" |

Polskie fundusze inwestycyjne nadal tkwią w XX w. Na szczęście wygląda na to, że proces wejścia tej branży w wiek XXI właśnie się rozpoczął

Na stronach firmy Analizy Online jest tabela, w której można sprawdzić, jakie są wyniki funduszy inwestycyjnych. Na 569 podmiotów wymienionych na tej liście na plusie w ciągu ostatnich 12 miesięcy jest nieco ponad 200, czyli ok. 35 proc. Podkreślmy: w ciągu ostatniego roku zaledwie co trzeci z funduszy przyniósł swoim klientom choćby minimalną dodatnią stopę zwrotu! Ale i to tylko teoretycznie.

Warto bowiem zwrócić uwagę, że dane dotyczą zmiany wartości jednostki, bo o zyskach klienta decydują także opłaty, jakie pobiera TFI m.in. za zarządzanie. A te w Polsce są absurdalnie wysokie – w praktyce odbiera to sens inwestowaniu w fundusze. Przykładowo, według danych z połowy tego roku, opłata przy funduszach akcyjnych dla polskiego rynku to 4 proc. To oznacza, że fundusz musi najpierw odrobić 4,2 proc., aby klient mógł zacząć zarabiać.

Jeszcze dziwniej jest w przypadku funduszy dłużnych – średnia cena to w ich przypadku 1,52 proc. To więcej, niż wynosi główna stopa procentowa w Polsce! Oczywiście na obligacjach skarbowych można zarobić więcej, bo ok. 3 proc., tylko że przy tak wysokiej opłacie inwestorzy w fundusze dłużne po prostu realnie tracą, gdyż po odjęciu opłaty od dochodu z obligacji stopa zwrotu staje się niższa od inflacji...

Podobnie jest w przypadku funduszy pieniężnych – tam średni koszt to prawie 1 proc. To bardzo drogo jak na podmioty, których polityka inwestycyjna ogranicza się do takich instrumentów jak depozyty czy obligacje bliskie terminu wykupu.

Klient nie wie, za co płaci

Biorąc pod uwagę koszty funduszy, aż trudno uwierzyć, że są nadal chętni inwestować w ich jednostki. Przy takim stosunku ceny i jakości usługi do wyniku po prostu nie ma szans na uzyskanie przyzwoitego wyniku.

Przeciętny klient nie ma zielonego pojęcia, za co właściwie płaci. Być może są tacy, którzy myślą, że jego pieniądze służą do opłacenia analiz inwestycyjnych oraz świetnych zarządzających, ale to nieprawda. Faktycznie pieniądze idą do kieszeni banków i innych pośredników, do TFI bowiem płyną resztki, często sięgające 10 proc. całej opłaty za zarządzanie. Jak widać po wynikach, takie pieniądze to za mało, aby znaleźć ludzi, którzy umieją inwestować środki innych.

Pojawiła się nadzieja, że klienci się dowiedzą, iż przez lata żerują na nich ludzie, z którymi spotkali się kiedyś raz, przy podpisywaniu umowy. Dyrektywa MIFID II nakazała funduszom dokładnie informować, jakie opłaty są pobierane i na jakie cele. Wszyscy uznali, że przekazywanie tej informacji zatrzęsie branżą funduszy inwestycyjnych – i do boju ruszyli lobbyści. Obecnie nadal nie wiadomo, jakie informacje powinny być przekazywane klientom polskich funduszy i w jaki sposób. I nie wiadomo także, kiedy będzie wiadomo.

Jest nie tylko drogo i nieprzejrzyście, lecz na dodatek polskie TFI oferują klientom produkty, które na świecie zaczęły wychodzić z oferty już pod koniec XX w. Praktycznie nie ma na rynku polskich funduszy pasywnych, a więc takich, które odwzorowują zachowania poszczególnych indeksów rynkowych. Do nich płynie prawie połowa środków lokowanych przez klientów w funduszach.

U nas sprzedaje się fundusze, w których jest zarządzający, który – oficjalnie – dzięki znajomości rynku jest w stanie go pokonać. Ale efekty są takie jak na początku – tylko nieco ponad 1/3 funduszy jest na plusie.

Platforma, która robi różnicę

Na szczęście wygląda na to, że jest szansa na rozwój tego inwestycyjnego skansenu. Pojawiają się kolejne inicjatywy, których celem jest redukcja tych absurdalnych opłat i – co za tym idzie – przyciągnięcie nowych klientów.

Pod koniec sierpnia firma IQ Money uruchomiła platformę, która ma sprzedawać fundusze. Zaletą tego rozwiązania ma być doradztwo sztucznej inteligencji przy doborze inwestycji, ale firma zdecydowała się na finansowe zachęty. Jedną z nich jest stworzenie funduszu pieniężnego bez żadnych opłat, inną zaś zwrot 5 proc. opłaty za zarządzanie klientowi, który inwestuje za pośrednictwem platformy należącej do firmy.

Firma stara się być konkurencyjna także dla TFI; zapowiedziała, że będzie brać 50–60 proc. opłaty za zarządzanie od pieniędzy klientów, którzy za pośrednictwem jej platformy zdecydują się zainwestować w fundusze. To nadal dużo, ale – po potrąceniu owych 5 proc. zwracanych klientowi – wychodzi niemal o połowę mniej, niż bierze wielu innych dystrybutorów.

Oczywiście IQ Money to start-up, trudno się więc spodziewać, aby zachwiał rynkiem, ale na początku października swoją inicjatywę ogłosił PZU. Ubezpieczyciel zaproponował inPZU, a więc platformę internetową z sześcioma funduszami, z których cztery (pieniężny i dłużne) odwzorowują indeksy rynkowe, a dwa pozostałe do tych indeksów nieco się zbliżają. O ile liczba produktów oraz ich konstrukcja nie budzi może wielkiego entuzjazmu, o tyle cena robi wrażenie.

„To będzie najtańsze rozwiązanie na rynku. Klient zapłaci 0,5 proc. niezależnie od tego, jaką opłatę, to opłata niezależna od tego, co jaką strategię wybierze. To będzie najbardziej atrakcyjne i najtańsze narzędzie do inwestowania w Polsce” – powiedział Paweł Surówka, prezes Grupy PZU, podczas konferencji, w trakcie której zaprezentowano platformę.

Ustalenie opłat na tak niskim poziomie oznacza, że inPZU ma szanse zabrać część pieniędzy konkurentom PZU TFI.

„To pierwsza platforma, która robi różnicę. Niczym się to nie różni od tego, co jest w oddziałach. 3,8 proc. to średnia opłata. Te opłaty niczym się nie różniły od tego, co jest na rynku. Nie widzę powodu, dla którego ludzie mieliby inwestować za 3,8 proc., skoro można inwestować za 0,5 proc.” – stwierdził Grzegorz Olszewski, dyrektor odpowiedzialny za projekt inPZU.

Na dodatek to produkt, który ma szansę odebrać pieniądze także bankom. Jedną z popularnych metod oszczędzania są rachunki oszczędnościowe w bankach. W okresie, kiedy rachunki zdobywały popularność, klient mógł za darmo dokonywać kilku wypłat w miesiącu, na dodatek za niską cenę. Obecnie można dokonać zwykle tylko jednej wypłaty w miesiącu, na dodatek cena wypłaty jest tak duża, że mało kto na takim rachunku oszczędza. Przelanie tych środków na jeden z funduszy dłużnych daje szansę na zarobek, ale przede wszystkim nie zmusza do płacenia za możliwość wypłacenia pieniędzy. Jest tylko problem techniczny – ze względu na procedurę rozliczenia inwestycji na pieniądze z inPZU trzeba czekać trzy dni.

Konkurencja się budzi

Konkurencja już zaczęła reagować na działanie PZU. Na przykład TFI PKO BP dokonało zmian w niektórych funduszach akcji zagranicznych. „Od 2 października br. opłaty w subfunduszach PKO Akcji Rynku Azji i Pacyfiku, PKO Akcji Rynku Amerykańskiego, PKO Akcji Rynku Japońskiego, PKO Akcji Rynków Wschodzących i PKO Akcji Rynku Europejskiego zostały obniżone do poziomu zaledwie 0,7 proc. Inwestujący w te subfundusze zarządzane przez PKO TFI zapłacą mniej, a więc potencjalnie więcej zarobią” – napisał Łukasz Kwiecień, wiceprezes PKO TFI w odpowiedzi na pytania „Gazety Bankowej”.

Nie tylko opłaty się zmieniają w tych subfunduszach. „Fundusze typu indeksowego w praktyce już mamy. Funkcję taką spełnia co najmniej kilka subfunduszy, np. PKO Akcji Rynku Azji i Pacyfiku, PKO Akcji Rynku Amerykańskiego, PKO Akcji Rynku Japońskiego, PKO Akcji Rynków Wschodzących i PKO Akcji Rynku Europejskiego. Przekształcamy je tak, by – uwzględniając polską specyfikę regulacyjną i gusta klientów – w maksymalny, uzasadniony zdroworozsądkowo sposób doprowadzić je do modelu indeksowego” – napisał Łukasz Kwiecień. „Pracujemy nad kolejnymi tego typu przekształceniami. I oczywiście analizujemy możliwości tworzenia polskich ETF-ów, to jest funduszy notowanych na GPW” – dodał.

Warto zwrócić uwagę na to, że PKO BP mógł sobie pozwolić na obniżkę opłat – na dodatek tylko dla części funduszy – bo jest w stanie sprzedać przez aplikację bankową jednostki za 800 mln zł. Nie jest także przypadkiem, że PZU uruchomił tanie fundusze, kiedy stworzył własną platformę do sprzedaży jednostek. I całkiem możliwe, że jeśli jakieś inne duże banki lub grupy finansowe posiadają własny, sprawny system sprzedaży jednostek, również będą mogły odpowiedzieć na ruch PZU obniżką opłat przynajmniej dla części funduszy.

Wojna o aktywa

Za to instytucje, które nie mają takiego systemu dystrybucji, będą miały poważny problem. Do tej pory bowiem jakoś sobie radziły dzięki stosunkowo wysokim cenom na całym rynku – klient wszędzie miał mniej więcej równie drogo. Teraz jednak, kiedy różnica w opłatach jest nawet ośmiokrotna, cena zaczyna być czynnikiem podstawowym.

Do tego dochodzi wiarygodność. Mniejsze TFI nie mogą ostatnich kilkudziesięciu miesięcy zaliczyć do udanych. Z funduszy stworzonych dla TFI Fincrea wyparowało być może nawet 0,5 mld zł, w efekcie czego instytucja ta straciła prawo do działania. Potem zaczęły się problemy jednego z funduszy TFI Quercusa, który inwestował w papiery GetBacku. Było to pierwsze z wielu TFI, które zostały uderzone przez aferę wokół windykatora. Efekt jest taki, że wiarygodność tzw. niezależnych TFI mocno ucierpiała, a więc tym trudniej będzie im pozyskać pieniądze klientów.

Aczkolwiek już wcześniej było widać, że TFI, zwłaszcza mniejsze, nie szanują pieniędzy swoich klientów. Sposobem na redukcję cen byłoby stworzenie własnego systemu dystrybucji. Prawda jest taka, że prawie każde z TFI istniejących na rynku byłoby stać na stworzenie własnej platformy do sprzedaży własnych jednostek. Gdyby zebrały się TFI niezależne, byłyby w stanie nie tylko skonstruować taką platformę, lecz jeszcze ją wypromować. Nie zrobiły tego jednak, bo uznały, że klient z braku konkurencji tak czy owak sięgnie po ich produkty. Teraz, kiedy pojawiła się taka konkurencja, te TFI są w kryzysie wizerunkowym, finansowym i organizacyjnym. Teraz rzeczywiście mogą mieć problemy z pieniędzmi na stworzenie własnego systemu dystrybucji, choćby w internecie.

A to może być jedyne wyjście, bo każdy z dużych dystrybutorów ma własne TFI. Obniżka cen oznacza, że wkrótce może się rozpocząć wojna o aktywa – z obawy przed ucieczką do konkurencji TFI bankowe czy ubezpieczeniowe zaczną obniżać ceny za zarządzanie. Dla TFI to nie jest problem, bo i tak dostają niewiele, ale poszkodowani będą dystrybutorzy. Im nie będzie się opłacało akceptować obniżki opłat ze strony niezależnych TFI, będą się zatem starały utrzymywać obecne wysokie ceny, jak długo się da.

Nadzieją są takie firmy jak mBank, który nie ma TFI, ale ma swój supermarket funduszy, ale ten bank też będzie musiał się liczyć ze stratą przychodów. Zapewne też będzie się starał to jakoś zrekompensować, najpewniej śrubując, gdzie się da, swoje ceny. W efekcie wiele TFI może stracić rentowność.

Do tej pory przedstawiciele TFI uzasadniali absurdalnie wysokie opłaty m.in. niewielkimi aktywami biznesu, narzekali także na wysokie koszty regulacyjne. Ale niewielu przyznawało, że może po prostu mamy za dużo TFI jak na tak niewielki rynek. Wygląda na to, że wkrótce sporo TFI, zwłaszcza niezależnych, zniknie z rynku, więc wreszcie pojawi się pole do obniżki opłat. Zwłaszcza że poziom minimalny został już wyznaczony – i wynosi 0,5 proc.

Gazeta Bankowa