• Czarne chmury nad fintechami
Biuletyn Podatki i Rachunkowość:

Czarne chmury nad fintechami

07 listopada 2018

Marek Siudaj, "Gazeta Bankowa" |

Wydawałoby się, że biznes fintechowy ma przed sobą najlepsze lata. Coraz lepiej radzi sobie w konkurencji z bankami w USA, w Europie zaś wszyscy odliczają czas do przyjęcia dyrektywy o usługach płatniczych, która otworzy przed takimi firmami ogromny rynek.

Ale całkiem możliwe, że wiele fintechów zniknie wcześniej z rynku

Pod koniec września Fed podniósł po raz kolejny stopy procentowe. To już ósma podwyżka stóp dokonana przez amerykański bank centralny, odkąd w 2016 r. Fed pożegnał się z ze stopami na poziomie 0,25 proc. Teraz stopy procentowe wynoszą 2,25 proc., co oznacza bardzo wyraźne zaostrzenie polityki pieniężnej.

W strefie euro sytuacja wygląda nieco inaczej, stopy w EBC utrzymywane są nadal na poziomie zerowym. O ile Fed odszedł od programu QE, o tyle EBC właściwie nadal go kontynuuje, skupując obligacje głównie krajów południa Europy. Jednak po tej stronie Atlantyku również zaczynają się pojawiać głosy, że EBC powinien zaostrzyć swoją politykę monetarną i powoli przygotowywać się do podniesienia oprocentowania. I mało kto się spodziewa, aby obecny prezes EBC, Włoch Mario Draghi, dokonał podwyżki, która uderzy we Włochy, ale jego kadencja kończy się w 2019 r., a na następnego szefa tej instytucji typowany jest Niemiec, Jens Weidmann.

Wprawdzie opór przeciwko nominacji Niemca na kolejne kluczowe stanowisko w UE jest duży, ale całkiem możliwe, że Berlinowi uda się przeforsować tę kandydaturę, a wówczas można się spodziewać zaostrzenia polityki pieniężnej w strefie euro. Zwłaszcza że ewidentnie niemieckie banki nie są w stanie funkcjonować w środowisku ujemnych stóp procentowych, co widać choćby po mikroskopijnych wycenach czołowych instytucji finansowych z tego kraju.

Koniec eldorado?

Zaostrzenie polityki pieniężnej może mocno się odbić na sytuacji fintechów. Większość z tych firm nigdy jeszcze nie przeszła przez cykl zaostrzania polityki pieniężnej, bo mają po cztery–pięć lat stażu rynkowego. Do tej pory nie było problemu z finansowaniem, bo banki zalewały rynek pieniędzmi. Obecnie sytuacja zmienia się powoli w USA, ale wygląda na to, że koniunktura w Stanach jest tak dobra, iż nikt jeszcze nie liczy na poważnie pieniędzy.

Na razie więc kapitału jest w bród. Według raportu firmy KPMG inwestycje w firmy technologiczne na świecie w I połowie 2018 r. sięgnęły rekordowego poziomu niemal 58 mld dol. To więcej, niż zainwestowano w całym roku. Jednak – co można wyczytać w raporcie – ten wyścig nakręcają tak naprawdę głównie technologiczne giganty, takie jak Amazon, Microsoft i Google. Jak wyglądałaby sytuacja bez tych pieniędzy, trudno powiedzieć. Poza tym spora część tych inwestycji to nakłady różnego rodzaju funduszy venture capital, co może oznaczać dokładanie pieniędzy do już zainwestowanych środków, aby uzyskać przebicie punktu rentowności. Co ciekawe, spada wartość przejęć i fuzji na tym rynku, co sugeruje, że każdy chce rozwijać własne fintechy. Jeśli wziąć pod uwagę, że zakup nowych akcji podnosi wycenę spółki, co z kolei prowadzi do pokazywania lepszych rezultatów inwestycyjnych, to można podejrzewać, iż fintechowe eldorado powoli dobiega końca. Jako że większość tych firm w życiu nie przyniosła zysku i głównie „przepala pieniądze”, to wstrzymanie taniego finansowania dla wielu podmiotów może być szokiem.

Transfery pod nadzorem

Zwłaszcza że wiele z nich musi się liczyć ze wzrostem kosztów. Ostatnio głośno jest o aferze związanej z praniem brudnych pieniędzy, głównie rosyjskich, przez banki z krajów bałtyckich, należące do skandynawskich grup finansowych. Do dymisji podał się np. szef Danske Bank.

Problem z praniem brudnych pieniędzy jest szerszy, z tego powodu m.in. zrezygnował szef ING Group o znajomym, zwłaszcza dla Polaków i Węgrów, nazwisku Timmermans. Wiadomo także, że innym kanałem jest ten cypryjski.

Można się spodziewać, że nadzory krajowe oraz ogólnoeuropejskie będą nakładać coraz ostrzejsze regulacje, aby proceder transferu brudnych pieniędzy oraz ich prania zahamować. To zaś oznacza, że podobne regulacje jak bankowe obejmą fintechy specjalizujące się w transferach pieniędzy. Po części to już się dzieje, weszła w życie piąta dyrektywa o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu (dyrektywa AML). Już wiadomo, że wkrótce będzie trzeba znowu się dostosowywać, bo trwają prace nad kolejną nowelizacją dyrektywy.

Wdrożenia dyrektywy dokonał już m.in. AML, który przyznaje, że stanowiło to pewne obciążenie dla firmy. Poza tym zamierza ona wyjść do USA i do Azji, co oznacza konieczność spełnienia kolejnych warunków nakładanych przez regulacje krajowe – a więc i dodatkowe koszty. Pracowników firmy w Krakowie – bo fintech funkcjonuje w dużym stopniu dzięki swojemu centrum w Polsce – będzie przybywać.

Do tego można się spodziewać obostrzeń związanych z bezpieczeństwem środków klientów. Pojawią się one albo po to, aby uprzedzić ewentualne problemy, albo w następstwie np. jakiejś upadłości. O tym, że bankructwa są możliwe, świadczy choćby historia brytyjskiej firmy Wonga.com, która popadła w kłopoty, kiedy tamtejszy nadzór zezwolił klientom na odzyskanie nadpłaconych kosztów pożyczek. Wprawdzie tutaj w grę wchodzi firma pożyczkowa, która nie dysponowała pieniędzmi klientów, jednak wystarczą np. problemy techniczne albo penetracja hakerska firm transferujących środki, aby pojawiły się dodatkowe wymagania, a to już oznacza dodatkowe koszty. Jednocześnie pogorszą się perspektywy związane z wpływami, bo bankowcom będzie łatwiej konkurować z branżą fintechową, jeśli zaczną je obciążać regulacje. Obecnie – zwłaszcza w kontekście dyrektywy PSD2 – można odnieść wrażenie, że fintechom otwiera się kolejne pola działania, jednocześnie nie żądając niczego w zamian w zakresie bezpieczeństwa operacji.

Brexitowy nokaut

Pierwszy poważny test fintechy mogą jednak przeżyć już w przyszłym roku, a dokładnie 29 marca. Tak się składa, że wiele firm z tej branży lokowało swoje centrale w Londynie czy też – szerzej – na Wyspach Brytyjskich. Wynikało to z łatwiejszego dostępu do pieniędzy – Londyn był przecież centrum finansowym UE – oraz z przystępnych regulacji i innych działań nadzoru, co obniżało koszty i przyspieszało start działalności firm.

Ale brexit postawił przed tymi spółkami potężne wyzwanie. Powoli zaczynają one albo przenosić się na kontynent, albo przynajmniej starają się o licencję w jednym z krajów członkowskich, aby móc działać nadal w UE. Kłopot w tym, że Komisja Europejska chce sprawić, aby pożegnanie z Wielką Brytanią było dla tego kraju maksymalnie bolesne, co może oznaczać brak jakiegokolwiek porozumienia oraz negatywne interpretacje przepisów.

Przykładem może być choćby VAT od usług oferowanych przez fintechy. O ile bowiem usługi bankowe nie są objęte VAT, o tyle nie jest jasne, jak traktować usługi fintechów. Można sobie wyobrazić takie podejście, w którym usługi spoza obszaru celnego UE będą traktowane jako objęte VAT, co zwiększy ich cenę.

Do tego dochodzi kwestia usług oferowanych w ramach jednej firmy – jak w przypadku Revoluta – pomiędzy krajami członkowskimi a Wielką Brytanią. Może się okazać, że w biurach podobnych firm pojawią się urzędnicy fiskusa z poszczególnych państw członkowskich, z żądaniem zapłaty sporych kwot, które nie zostały uwzględnione w dotychczasowych biznesplanach.

Nie ma tego złego…

Oczywiście jeden z tych czynników zapewne nie doprowadziłby do kłopotów całej branży fintechowej, ale jeśli spełnią się wszystkie, firmy te zaczną się borykać z kłopotami. Niestety to, że te czynniki się zrealizują, jest tylko kwestią czasu. No, może poza podwyżką stóp procentowych, gdyż twardy brexit może oznaczać spowolnienie także w Unii Europejskiej, a wtedy trudno oczekiwać podniesienia oprocentowania. Ale i tak będzie mniej pieniędzy na rynku, bo inwestorzy będą się starali – jak zwykle – straty na jednej branży niwelować zyskami z innej.

Paradoksalnie ta zła sytuacja może być korzystna dla polskich firm – zarówno fintechów, jak i banków. Nasze firmy nie mają problemu ani z ujemnymi stopami procentowymi, ani z nadmiarem pieniędzy (jest ich dużo, ale znacznie mniej niż np. w Wielkiej Brytanii), toteż muszą bardziej pilnować kosztów. Jednocześnie w polskim systemie zaczyna się pojawiać model współpracy między bankami a fintechami, więc kiedy na Zachodzie firmom zacznie brakować pieniędzy, polskie fintechy będą nadal miały wsparcie finansowe. No i Polska nie wychodzi ze wspólnego rynku, toteż wszystkie problemy związane z rozliczeniami finansowymi ominą podmioty mające siedziby u nas.

Może się więc okazać, że kiedy nad całą fintechową Europą zawisną czarne chmury, w Polsce utrzyma się dobra pogoda dla tej branży.

Gazeta Bankowa