W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Korzystając z naszej strony akceptujesz zasady Polityki Cookie.
  • Pogrom dolara
Komentarz eksperta:

Pogrom dolara

27 lipca 2020

Marek Rogalski, Główny Analityk Walutowy w Domu Maklerskim Banku Ochrony Środowiska S.A. |

Komentarz miesiąca 

Lipiec okazał się być najgorszym okresem dla amerykańskiej waluty od kilku lat, na co złożyło się kilka czynników. Przede wszystkim utrzymujący się sentyment wokół ryzykownych aktywów, co wynika m.in. z notowanego ożywienia gospodarek po wiosennym lockdownie. Wbrew wcześniejszym obawom inwestorzy nie przejęli się zbytnio wyraźnym wzrostem zakażeń w USA, gdyż większość stanów nie zdecydowała się na przywrócenie rygorystycznych obostrzeń, jakie miały miejsce wiosną. Wskazuje się nawet, że obecnie wirus jest nieco słabszy, gdyż statystyki pokazują niższą śmiertelność. Amerykanie nauczyli się żyć z COVID-19, chociaż ostatnie dane makroekonomiczne pokazują, że przekłada się to jednak na nieznaczne wyhamowanie tempa ożywienia gospodarczego po wiosennej zapaści. W tych stanach, gdzie problem z pandemią jest największy wzrósł odsetek osób poszukujących pracy, w efekcie widoczna wcześniej spadkowa tendencja w danych tygodniowych została przerwana. Uwagę zwróciły też dane dotyczące indeksów aktywności PMI – wzrosty w lipcu można uznać za „umiarkowanie pozytywne”. Stoi to w kontraście wobec informacji napływających chociażby z Europy, gdzie pandemia pozostaje pod kontrolą. Niemniej poszukiwanie argumentów słabości dolara tylko w tym, że USA mają problem z COVID-19, byłoby nieuczciwe. Z nawrotem zakażeń zmaga się ponownie Australia, a notowania dolara australijskiego wspinają się na kolejne maksima.

Jakie, zatem fundamenty stoją za słabym dolarem? Uwagę zwraca ultra-łagodna polityka prowadzona przez amerykański FED, a konkretnie jej skala – mowa oczywiście o szeregu tzw. programów ilościowych, które w dużym skrócie sprowadzają się do masowego dodruku pieniądza. Wprawdzie na działania typu QE zdecydowało się wiosną wiele banków centralnych, ale to właśnie posunięcia FED są bezprecedensowe. Dolarów na rynku jest bardzo dużo i ryzyko pojawienia się sytuacji, jaka miała miejsce w pierwszej połowie marca, kiedy to w pierwszych dniach pandemii pojawiło się gwałtowne zapotrzebowanie ze strony wielu instytucji, jest obecnie znikome. Oznacza to, że nawet w przypadku pojawienia się ostrej, globalnej fali pandemii jesienią, zapotrzebowanie na dolary może być co najwyżej wynikiem spekulacyjnych ruchów na bazie realizacji zysków z innych walut, korekty spadkowej na rynkach akcji, a więc generalnie pogorszenia się globalnego sentymentu, czyli zmiany akceptacji wobec ryzyka. Rośnie grupa ekonomistów, którzy zwracają uwagę na koszty tzw. pandemicznej strategii, jakie będą musiały ponieść USA. Powraca tym samym nieśmiertelny wątek podwójnego, a w zasadzie potrójnego deficytu (budżetowego, handlowego, oraz w szerszym rozumieniu – na rachunku obrotów bieżących), który na przestrzeni ostatnich lat tylko narastał. USA mają też rekordowe zadłużenie, które udaje im się tanio finansować dzięki polityce ultra-niskich stóp procentowych, oraz temu, że dolar posiada kluczowy status waluty rezerwowej. To oczywiście wynika z faktu gospodarczo-politycznej hegemonii USA w ostatnich dziesięcioleciach. Ostatnie posunięcia Donalda Trumpa mogą jednak zakończyć ten monopol, na rzecz duopolu w postaci rosnącej potęgi Chin. Czy rynki finansowe, aby nie dyskontują tego, co być może zobaczymy za 10-15 lat?

W kraju dolar w lipcu wrócił poniżej poziomu 3,80 zł, który ostatnio był obserwowany na początku marca. Cała zwyżka oparta o strach związany z COVID-19 została w zasadzie wymazana. Wsparciem dla tego scenariusza okazał się wyraźny wzrost notowań EUR/USD na rynkach światowych. Mocne euro było wynikiem przełomowych ustaleń, jakie zapadły na specjalnym szczycie Unii Europejskiej w lipcu. Politycy po długich przepychankach zaakceptowali pakiet pomocowy, który ma opiewać na 750 mld EUR, z czego 390 mld EUR ma mieć formę grantów. Kluczowa jest jednak idea sfinansowania tej pomocy – w dużej mierze ma opierać się o emisję specjalnych euroobligacji przez Komisję Europejską. Zgoda na tzw. uwspólnotowienie długu, to sygnał, który wyraźnie redukuje ryzyko polityczne, jakim mogłoby być rozbicie strefy euro. O takim scenariuszu często wspominano wiosną, wskazując na ryzyko braku solidarności w UE w walce z pandemią. Ustalenia szczytu to także konkretny czynnik wsparcia dla polskiej gospodarki, która w najbliższych latach może liczyć na blisko 160 mld EUR unijnej pomocy (przy uwzględnieniu perspektywy budżetowej do 2027 r.). Ten fakt wyraźnie dostrzegli inwestorzy premiujący złotego. Jedynym „niezadowolonym” z tej sytuacji wydaje się być Rada Polityki Pieniężnej, która w ostatnich dwóch komunikatach po zakończonym posiedzeniu dała do zrozumienia, że liczyłaby na to, że kurs walutowy będzie bardziej sprzyjał sytuacji gospodarczej (a tak jest, kiedy słaba lokalna waluta przekłada się na większą konkurencyjność).

 

Marek Rogalski

Autor jest głównym analitykiem walutowym w Domu Maklerskim Banku Ochrony Środowiska S.A.